
Jezioro Orło pod Rynem miało być enklawą ciszy i dzikiej przyrody. Dziś jest symbolem największej bezkarności w historii mazurskiej ekologii. Choć na polecenie inwestora wycięto tam ponad 1500 drzew, Sąd Rejonowy w Giżycku uznał, że... nic się nie stało.
Szczegóły tej bulwersującej sprawy ujawnili autorzy podcastu „W związku ze śledztwem” – Mariusz Gierszewski z Radia ZET oraz Dominika Długosz z „Newsweeka”. Ich ustalenia rzucają nowe światło na mechanizmy, które pozwoliły na bezkarną dewastację jednego z ostatnich dzikich zakątków Mazur.
Mazurski las pod toporem
Zanim na cypel wjechały piły, jezioro Orło było jednym z tych miejsc, o których mówi się z nabożnym szacunkiem: „ostatnie takie Mazury”. Strefa ciszy, brak motorówek, krystaliczna woda, w której żyją raki pręgowane, a nad którą kołuje rzadka kania czarna. To właśnie ten spokój został przerwany w marcu 2022 roku, gdy do Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Olsztynie dotarło anonimowe zawiadomienie o wycince drzewostanu i to na masową skalę.
Kontrola na miejscu potwierdziła najczarniejszy scenariusz. Na terenie Obszaru Chronionego Krajobrazu Krainy Wielkich Jezior Mazurskich doszło do totalnej dewastacji. Zniszczono nie tylko 1570 drzew, ale całe warstwy roślinności i siedliska chronionego ptactwa. Prokuratura nie miała wątpliwości – oskarżyła 24-letniego Huberta T. o zniszczenia w świecie roślinnym i zwierzęcym w znacznych rozmiarach.
„Inwestor” czy „Rolnik”? Sądowa metamorfoza
Kluczem do uniewinnienia, które zapadło 31 lipca 2024 roku, okazała się definicja gruntu. W polskim systemie prawnym różnica między „lasem” a „polem” waży tyle, co wolność oskarżonego. Hubert T. przed sądem nie wystąpił jako deweloper czy inwestor, lecz jako rolnik prowadzący gospodarstwo.
Sąd Rejonowy w Giżycku przyjął argumentację, która dla ekologów jest brzmi jak ponury żart. Według ewidencji gruntów i map, teren ten figurował jako działka rolna. Fakt, że przez lata zarósł gęstym drzewostanem, w oczach sądu był jedynie „samosiewem”. Sąd uznał, że oskarżony miał prawo usunąć drzewa bez zezwolenia, ponieważ robił to w celu... przywrócenia gruntu do użytkowania rolniczego. Choć to serce Mazur, na samej działce nie ustanowiono konkretnych stref ochronnych (np. gniazdowania), co zdaniem sądu dawało właścicielowi wolną rękę.
W uzasadnieniu wyroku czytamy wprost: „Działanie oskarżonego było zatem zgodne z prawem”. Sąd uznał, że przepisy o ochronie gruntów rolnych wręcz nakazują usuwanie drzew, które kolidują z uprawą roli.
Gwoźdź do trumny. Nagłe wycofanie apelacji
Historia ta mogłaby mieć swój finał w sądzie wyższej instancji, gdyby nie zdumiewający zwrot akcji ze strony organów ścigania. Prokuratura, która początkowo walczyła o skazanie Huberta T., wniesioną apelację... niespodziewanie wycofała podczas rozprawy odwoławczej.
Ten ruch sprawił, że wyrok uniewinniający uprawomocnił się 13 stycznia 2025 roku. Hubert T. wyszedł z sali sądowej jako człowiek niewinny, a Mazury straciły kawałek swojej duszy. Autorzy podcastu „W związku ze śledztwem” nie gryzą się w język: to historia, po której „ręce opadają”, pokazująca słabość państwa w starciu z determinacją „rolników-inwestorów”.
Co dalej z mazurską przyrodą?
Wyrok z Giżycka to niebezpieczny precedens. Daje on jasny sygnał innym właścicielom gruntów na terenach chronionych: jeśli w papierach masz „rolę”, możesz wyciąć wszystko, co wyrosło tam przez ostatnie dekady, nazywając to „porządkowaniem pola”.
Dziś nad jeziorem Orło zamiast 1500 drzew straszą puste place. Formalnie – to przygotowane do uprawy pole. W rzeczywistości – pomnik niemocy przepisów o ochronie przyrody, które przegrały z definicją geodezyjną.






Serwis mazury24.eu nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy i opinii. Prosimy o zamieszczanie komentarzy dotyczących danej tematyki dyskusji. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.
Artykuł nie ma jeszcze komentarzy, bądź pierwszy!